Chodź pomaluj mój świat…albo chociaż mieszkanie

… czyli rzeczy, których nie wiesz, dopóki nie postanowisz własnoręcznie przeprowadzić małego remontu. Albo dopóki nie przeczytasz tej notki. Jeśli lubisz niespodzianki – nie czytaj. Lepiej leć po farby i łap za pędzel.
Ach, zapomniałam, że to wcale nie takie proste.

Na początek…

Decyzje.

I mylą się ci, którzy myślą, że najtrudniejszą z nich będzie wybór koloru ścian. Oczywiście, gdy przychodzi Ci stanąć przed wyborem Samba z Cynamonem czy Fokstrot w Świetle Księżyca, a może jednak Wodny Masaż albo Czuły Dotyk, Twoje myśli krążą bardziej po orbicie filmów erotycznych klasy B zamiast zagłębiać się w palecie oferowanych kolorów. W wyborze pomaga jednak doświadczenie zdobywane przez lata gromadzenia lakierów do paznokci . Może jestem słaba w ich nazywaniu, ale doskonale wiem, który odcień niebieskiego wieczorami w sztucznym świetle będzie stawał się zielonkawy. Bardzo przydatna umiejętność, zwłaszcza gdy Twój mężczyzna cały czas powtarza: „Przecież one są i d e n t y c z n e”.

Co do decyzji,  przyjdzie Ci stawać jeszcze przed dziesiątkami innych, mniej lub bardziej upierdliwych. Ściana w paski poziome czy pionowe? 6 białych pasków i 7 kolorowych po 33,5 cm czy może jednak 9 białych i 10 kolorowych po 26,14?! Pod parapetem malować na biało czy na niebiesko? Nad oknem tak samo czy na odwrót? A w ogóle to wałkiem czy pędzlem? I gdzie, do cholery, postawić ten stół?!

Tak wiele pytań. Tak mało odpowiedzi.

Dlatego tak ważne są dobre…

Plany.

I znów – nie chodzi tylko o rozwiązanie zadanka rodem z lekcji matematyki w podstawówce: Ile puszek farby musi kupić Klucha, aby pomalować dwa pokoje? Ile będzie kosztował Kluchę cały remont zakładając, że poprosi o pomoc Sympatycznego? Osobiście tak właśnie myślałam jakoś do ostatniego poniedziałku, a przynajmniej do momentu, gdy Sympatyczny stanął nade mną z miarką, plikiem kartek i ołówkiem i zaprezentował takie rzeczy, oto próbka:
Malowanie: level Sympatyczny z Nałogami.
Oprócz całej serii niezrozumiałych dla mnie obliczeń i szkiców do etapu planowania należy doliczyć również całą zabawę z mierzeniem (a  zabawa ta wymaga udziału co najmniej dwóch uczestników, no chyba, że masz cztery ręce, tyle samo par oczu i jakieś 2 metry wzrostu), wspinanie się po meblach i po drabinie oraz…

Pakowanie.

I nagle okazuje się, że nie istnieją rzeczy zagubione – one po prostu bawią się w chowanego. Pamiętacie Biuro Rzeczy Zagubionych Nigdy Nieodnalezionych, o którym pisałam TU? Otóż właśnie część się odnalazła. Niestety w nie najlepszym stanie, gdyż kurz (w przeciwieństwie do lodu czy błota) ma raczej słabe właściwości konserwujące.
Okazuje się również, że ile książek i bibelotów nie byłoby na Twoich półkach to wszystko spokojnie da się zmieścić w czterech torbach i jednej walizce. No chyba, że wciąż chomikujesz i chowasz gdzieś po kątach podręczniki z liceum – wówczas dolicz jeszcze ze dwa worki na śmieci i karton.
Aha, pakowanie to jest ten moment, w którym obiecujesz sobie, że połowa z tych rzeczy już nie wróci na swoje miejsce, bo przecież nie można zagracać tak pięknie zaaranżowanej na nowo przestrzeni. Aha, na pewno. Przecież to wszystko może się kiedyś przydać! Jest to również moment, kiedy planujesz meblową rewolucję, ale nie wiesz jeszcze, że za dwa dni okaże się, że misterna konstrukcja szafek i półek może zostać złożona i ustawiona tylko w jeden słuszny sposób. Póki co jednak rozkręcasz wszystko w nadziei na lepsze jutro, wypychasz na środek pokoju i zabierasz się za…

Foliowanie.

Dobra, nie będę trzymać Cię w niepewności. Folia nie służy do chronienia Twoich mebli i podłogi przed zachlapaniem farbą. Folia zapewnia Ci tylko komfort psychiczny i poczucie, że zrobiłeś wszystko, co w Twojej mocy, by zapobiec całkowitemu chaosowi i zniszczeniu. Nieważne jednak jak misternie i z czułością okryjesz nią wszystkie przedmioty i zakamarki i jak dokładnie obkleisz to wszystko taśmą.
Nie łudź się.
I tak się odlepi. I tak się porwie.
Handluj z tym!
Albo po prostu zaciskaj zęby i bierz się za…

Malowanie.

Wreszcie dochodzimy do sedna sprawy. Kiedy zdążysz się już namachać jak autostopowicz na trasie do Grójca i spocić jak kierowca PKS-u, czas przystąpić do konkretnej roboty. A będzie to robota niezwykle czasochłonna i niewdzięczna, uwierz mi. Tutaj nadchodzi moment, w którym muszę podzielić się z Tobą najważniejszą nauką jaką wyciągnęłam z całego tego przedsięwzięcia. Usiądź wygodnie, posłuchaj i zapamiętaj:

Jeśli kiedykolwiek w życiu wpadniesz na pomysł pomalowania całego swojego mieszkania na wyjątkowo intensywny kolor żółto-pomarańczowy, a istnieje chociaż minimalna szansa (nawet 1/1000 cienia szansy), że 5 lat później zamarzy Ci się kolor jasnoniebieski… Zapomnij. Proszę Cię, jak babcię kocham, zapomnij o tym raz na zawsze. No chyba, że jesteś najczystszej próby masochistą, to spoko. Droga wolna.

I nie mówcie potem, że Was nie ostrzegałam.
Na początek ze trzy warstwy białej.
Może pomoże. 
W trakcie malowania okaże się też, że:
a) jednej farby prawdopodobnie nie starczy nawet na drugą warstwę
b) drugiej farby zostanie jakieś pół wiaderka
c) pierwszy raz od gimnazjum użyjesz małego pędzelka, co sprawi Ci więcej radości niż pierwsza (i pewnie ostatnia) piątka na studiach, a w głębi duszy poczujesz się jak Michał Anioł paćkający sufit w Kaplicy Sykstyńskiej.A w skrócie? Okaże się, że wszystkich opisanych gdzieś tam wyżej planów możesz użyć co najwyżej jako serwetki, gdy zrobisz sobie przerwę na kebaba. Ale tak czy siak, przynajmniej będzie wesoło.

Sprzątanie.

Jak tylko zaliczysz ostatnie machnięcie pędzlem, okaże się, że najgorsze dopiero przed Tobą. Najrozsądniej będzie więc poustawiać wszystkie meble na swoich miejscach i przygotować sobie miejsce do spania. Najlepiej takie, gdzie w nocy nie uduszą Cię opary schnącej farby. Jak już trochę wypoczniesz i odkryjesz, że folia była mniej więcej tak potrzebna jak publiczne wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego, bierz się za skrobanie i szorowanie. Byle spokojnie: rozłóż sobie pracę na kilka etapów i nie przemęczaj się nadto. W końcu czeka Cię jeszcze…

Rozpakowywanie.

Chociaż wiesz co? Nie spiesz się tak. Przecież książki spokojnie mogą pomieszkać kilka dni w szafie, a buty w kartonach. Ty lepiej usiądź w fotelu, wypij kawę, opisz wszystko na blogu i podziwiaj końcowy…

Efekt. 

To wprawdzie tylko jedna ściana, ale zdecydowanie ta, z której jestem najbardziej dumna.
Wydałam dwie stówki, co się namęczyłam to moje, Sympatycznego miłuję bezwzględnie za cierpliwość, wyrozumiałość i profesjonalizm.
Warto było.
Reklamy

2 thoughts on “Chodź pomaluj mój świat…albo chociaż mieszkanie

  1. lafidedigna pisze:

    Cudnie to wygląda!!! Teraz mnie tez zamarzył się taki jasny błękit zamiast nudnej, nieco już spranej żółci. Swoją drogą kto w ogóle wpadł na pomysł w moich szczenięcych latach, żeby pomalowac mój pokój na żółto? Od żółtego nienawidzę bardziej chyba tylko pomarańczowego.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s