Dlaczego życzę Ci porażki?

porażka

My, pokolenie zwycięzców, mamy nieznośną tendencję do piętnowania porażek. Porażki wstydzimy się bardziej niż wizyty u proktologa – świadczy ona w końcu o naszej słabości czy niekompetencji. Walczymy więc o każdy sukces, jak o Crocsy w Lidlu, a przed porażkami umykamy jak poseł Suski przed odpowiedziami na trudne pytania.

Niestety w szkole nauczą Cię może wzoru na pole trapezu, daty bitwy pod Szczekocinami i koronki do Miłosierdzia Bożego, ale na pewno nie przygotują Cię, jak godnie znosić porażkę. Wobec tego młody człowiek po raz pierwszy w życiu spotykający się z taką sytuacją, rozkłada bezradnie ręce i pyta, jak i czy w ogóle jeszcze żyć…

… i tutaj właśnie pojawiam się ja

Ja, Klucha wprawdzie Leniwa, ale już nieco doświadczona przez życie; Twoja wirtualna starsza siostra i głos rozsądku na ćwierć etatu. Czy będę się wymądrzać i sprzedawać Ci uniwersalną receptę na to, jak przetrwać porażkę i nie stracić wiary w życie? Ależ skąd. Opowiem Ci za to dwie historie z mojego życia, które nauczyły mnie, że porażka może jest gorzka jak kraftowe piwo w cenie trzech godzin Twojej ciężkiej pracy w sieciówce odzieżowej brutto, ale koniec końców potrafi przyjemnie zaszumieć w głowie, oczyścić emocje i dać nauczkę na przyszłość. Bo jak to mówią…

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Tak mi się życie (nie)szczęśliwie ułożyło, że przez dużą jego część o porażkach wiedziałam tylko tyle, że nagminnie przydarzały się naszej reprezentacji piłkarskiej i drogowcom, których rok rocznie zaskakiwała zima. W zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o stymulowaniu rozwoju płodu, a następnie dziecka, muzyką klasyczną, a nieco później zabawkami sensorycznymi, jakimś cudem ja – wychowana raczej na Nirvanie, Floydach czy Stonesach – wyrosłam na całkiem udanego małego człowieka. O tym, że z genialnych dzieci rzadko wyrastają genialni dorośli już kiedyś wspominałam; jakby nie było w dzieciństwie i wczesnej młodości wiodło mi się naprawdę nieźle.

Konkurs recytatorski? Nie ma sprawy. Olimpiada języka polskiego? Biorę na klatę. Festiwal piosenki? Wyśmienicie.

young-hermione-bitch-please

Nieważne czy brałam się za mówienie, śpiewanie, rysowanie czy rozwiązywanie zadań z matematyki… Celowo wymieniam raczej typowo szkolne i około szkolne aktywności, bo właściwie na jakim innym polu miałaby odnosić sukcesy, tudzież porażki, kilku- czy kilkunastoletnia ja? Do pewnego momentu niemal wszystko, czego dotknęłam zamieniało się w złoto, a ja stawałam się co raz bardziej rozpaskudzona przez sprzyjający mi los. Oczywiście w międzyczasie wcale nie byłam jakoś szczególnie zadowolona ze swojego życia. W końcu jak się ma trzynaście lat, to bez wahania oddałoby się wszystkie dyplomy, szóstki na świadectwie i wygrane odtwarzacze mp3, za jedną randkę z chłopakiem ze starszej klasy.

No dobra, ale ja nie o tym dziś chciałam. Rozterki miłosne nastoletniej Kluchy i wnioski z nich płynące to temat zupełnie innego tekstu. Po tym przydługim wstępie przejdźmy do rzeczy, czyli obiecanych historii z życia.

Szczęście w nieszczęściu

W 2012 roku, dokładnie tego samego dnia, kiedy José Manuel Barroso proponował, by Unia Europejska stała się federacją państw narodowych, a dzień przed oficjalnym przyjęciem Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej, skończyłam upragnione osiemnaście lat. Niby nic wielkiego, nie postarzałam się przecież jakoś znacząco w ciągu jednej nocy i jak na tamtą chwilę nic się zmieniło, nie wiedziałam jednak, jak wiele wydarzy się w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, a już na pewno nie spodziewałam się, że aż dwa z tych wydarzeń to będą sromotne porażki.

Na pierwsze miesiące dorosłości zaplanowałam sobie kilka rzeczy, ale priorytetem było dla mnie jak najszybsze zrobienie kursu na prawo jazdy. Wydawało się bajecznie proste, w końcu ,,wszyscy to robią”… aż do czasu pierwszych zajęć w terenie. Cholibka, jak ja się bałam. Serce miałam w gardle, żołądek gdzieś przyklejony do kręgosłupa, ręce spocone jak otyły motorniczy w nieklimatyzowanym warszawskim tramwaju numer sześć. Co gorsza, mijały kolejne z trzydziestu obowiązkowych godzin, a moje umiejętności skutecznie paraliżował najczystszy w swej postaci strach. Nigdy w życiu nic nie szło mi aż tak opornie, a poczucie beznadziei potęgowała myśl, że ,,każdy głupi to potrafi, tylko nie ja”.

Jakimś cudem, z zawrotną prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę (bo szybciej jechałam tylko wtedy, gdy zirytowany instruktor złapał mnie za nogę i wcisnął pedał gazu w podłogę), dotoczyłam się jednak Nissanem Micrą do końca kursu, jakimś jeszcze większym cudem zdałam ,,egzamin wewnętrzny” i ruszyłam na spotkanie z przeznaczeniem, tj. łysym egzaminatorem z radomskiego WORD-u. Nigdy wcześniej i nigdy później nie stresowałam się bardziej. Pamiętam, że ledwo doszłam do samochodu egzaminacyjnego i bałam się, że nie będę w stanie utrzymać nogi na sprzęgle, bo tak bardzo się trzęsłam. Najpierw jednak udowodniłam, iż wiem, gdzie znajduje się wlew płynu do spryskiwaczy, następnie udowodniłam, że potrafię uruchomić kierunkowskazy; dalej udowodniłam za to, że nie umiem ustawić sobie lusterek bocznych, a później – że nie pamiętam, że kierowca powinien zapiąć pasy. W przypływie swojej dobroduszności egzaminator pozwolił mi kontynuować, przyszedł więc czas na łuk.

porażka-2

Okej, nie trzymam Cię dalej w niepewności. Nie zdałam. Jestem jedyną osobą, którą znam (a także jedyną, o której słyszało dwóch instruktorów, z którymi miałam przyjemność jeździć), która oblała na łuku przewróciwszy pachołek w trakcie jazdy do przodu. No i chuj, no i cześć, jak to mówi Marian Dziędziel w ,,Pod Mocnym Aniołem”.

Wprawdzie emocje już opadły, jak po wielkiej bitwie kurz, ale fizycznie wcale nie czułam się lepiej niż na tym nieszczęsnym placu manewrowym. Okazało się bowiem, że mój organizm absolutnie nie wie, jak zareagować na porażkę; w końcu w tak namacalny i konkretny sposób doświadczał jej właśnie po raz pierwszy. Ciężko powiedzieć, czy było mi przykro, ale łezka w oku na pewno mi się zakręciła. Ale raczej ze złości. Na samą siebie. Teraz kluczowe pytanie: czy można wyciągnąć jakieś korzyści z faktu, że w tak idiotyczny sposób oblało się egzamin na prawo jazdy? Na moje szczęście tak.

Jestem bowiem przekonana i biorę odpowiedzialność za każde swoje słowo, że gdybym w wyniku jakiegoś nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności (na przykład: niewidomy egzaminator + autopilot + trzęsienie ziemi) zdała ten nieszczęsny egzamin, to zapewne moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Prawdopodobnie albo już nigdy więcej nie wsiadłabym za kierownicę, albo co gorsza po dwóch tygodniach odebrałabym prawo jazdy z urzędu i jeszcze tego samego dnia spowodowała jakiś wypadek. Dzięki temu, że jednak nie zdałam, zyskałam trochę więcej czasu, żeby poukładać sobie w głowie i wykupić kilka dodatkowych godzin jazdy z instruktorem, i sądzę, że właśnie dlatego za drugim podejściem, zaledwie miesiąc później, nie tylko nie trzęsłam się już jako pekaes na drodze wojewódzkiej numer 722, ale co lepsze – zdałam.

Jeszcze więcej szczęścia w jeszcze większym nieszczęściu

Z tym ,,jeszcze większym nieszczęściem” to oczywiście lekka przesada, a wymiar szczęścia każdy może ocenić sam. W każdym razie druga historia miała swój początek latem 2012 roku i dystyngowanym krokiem wkraczała wraz ze mną w dorosłe życie. Otóż tak się złożyło, że dwa deszczowe tygodnie lipca owego roku spędziłam na kursie językowym w Londynie, skąd wróciłam z lekko złamanym sercem, toną ubrań z Primarku i mocnym postanowieniem, że kiedyś wrócę tam na stałe. Najlepiej na studia.

Byłam wtedy jeszcze w takim wieku, kiedy ledwo się o czymś pomyśli, a już zaczyna się to robić, i powiem szczerze, że czasami tęsknię za tą cechą charakteru, która aktualnie jest u mnie w fazie zaniku. Wracając do tematu – ledwie wylądowałam na Okęciu, a już miałam w głowie gotowy plan na życie, a przynajmniej na najbliższe trzy lata. Zaczął się rok szkolny, a więc i klasa maturalna, a wraz z nią moje parcie, żeby wszystko poszło według planu. Pierwsze miesiące ostatniego roku liceum mijały mi więc na przeglądaniu ofert londyńskich uniwersytetów, pisaniu listów motywacyjnych i dopraszaniu się o referencje od nauczycieli. Pierwsza myśl często bywa tą najlepszą, więc moim wyborem numer jeden został UCL, który odwiedziłam jeszcze w czasie wspomnianego kursu. Potem długo długo nic, ale na wszelki wypadek wybrałam jeszcze Kent oraz Birmingham.

Szczęście jednak mi sprzyjało i jakoś na wiosnę zostałam zaproszona do Londynu na rozmowę kwalifikacyjną oraz Thinking Skills Assessment, który generalnie oprócz UCL przeprowadzają, z tego co się orientuję, tylko Oxford i Cambridge. Ale co to dla mnie, dziecka szczęścia, pomyślałam. Kolejny pobyt w Londynie tylko umocnił mnie w przekonaniu, jak bardzo chciałam zostać tam na dłużej, a jak dotąd wszystko szło według planu. Do czasu.

porażka-3

Przyszły wyniki, a ja strasznie pożałowałam, że głupi mózg nie dopisał do swojej listy żadnej innej londyńskiej uczelni, nie przewidział konieczności wdrożenia planu awaryjnego. Wciąż mogłam wybierać między Kent i Birmingham, ale żadne z tych miejsc nie przekonało mnie do siebie na tyle, żeby chcieć zaciągać dla nich kredyt studencki. Zrezygnowałam, chociaż ta porażka była niebywale gorzka. Oberwałam po ambicji, dostało mi się wreszcie za te lata bezkarnych sukcesów.

A jaka była pozytywna strona tej porażki? Przede wszystkim Sympatyczna. Tak się bowiem złożyło, że jeszcze tego samego roku, w miesiącu, w którym prawdopodobnie szykowałabym się właśnie do wyjazdu i przeprowadzki na stałe do UK, do życia zaplątał mi się Sympatyczny z Nałogami. Uwierz, jestem ostatnią osobą na tym kontynencie, która zdecydowałaby się na związek na odległość większą niż godzina jazdy samochodem. Musiałabym więc wybierać i nie potrafię dzisiaj powiedzieć, jak bym wybrała. I nie chcę tego wiedzieć. 

Po co Ci to wszystko opowiedziałam? A no po to, żeby teraz z całym przekonaniem móc powiedzieć Ci szczerze:

życzę Ci porażki.

Życzę Ci takiej właśnie porażki, jak te dwie moje małe życiowe klęski, dzięki którym wszystko ułożyło się lepiej niż mogłabym sobie wymarzyć. Jeśli więc mierzysz się teraz ze swoją porażką i wydaje Ci się, że Twoje życie właśnie się skończyło, puknij się mocno w głowę i zastanów przez chwilę, czy aby przypadkiem właśnie się nie zaczęło.

Reklamy

4 thoughts on “Dlaczego życzę Ci porażki?

  1. Tenebris pisze:

    Jestem trzy razy na tak. Po tytule domyślałam się o czym jest wpis i miałam rację. Szczególnie ciekawa byłam, jak to ujmiesz i muszę przyznać, że świetnie mi się czytało. Tak lekko. Lubię taki styl. Przemawia do mnie. A porównania bardzo zabawne. To w kwestii ogólnej.
    Co do treści zgadzam się jak najbardziej. Od początku do końca. Bo często najboleśniejsze porażki najlepiej uczą. Przekonałam się na własnej skórze w wyjątkowo paskudny sposób, bo rok zajęło mi odbicie się od dna, ale od tego czasu udało mi się za to wiele zdziałać, dlatego popieram to całym sercem.
    A co do prawa jazdy, pocieszę Cię, bo ogółem egzamin zdawałam prawie dwa lata -.-” z przerwami. 13 egzaminów teoretycznych i 3 praktyczne, z których na pierwszyn ze stresu pokazałam, że nie umiem nawet odpalić samochodu…
    Pozdrawiam (*w*)/

    Polubione przez 1 osoba

  2. CyprianKajetan pisze:

    Świetny wpis. Btw bardzo lubię porównanie do mitologicznej Hydry: Odcinasz jej głowę, wyrastają jej trzy nowe – I tak powinno się myśleć o porażce.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s