Seria niefortunnych zdarzeń

enoufh

Niefortunne zdarzenia chodzą po ludziach tak jak nastoletnie dziewczęta do toalety – grupami. Kiedy jedna rzecz daje Ci w kość, w tym samym czasie druga już dobiera Ci się do… portfela.

A zaczęło się od tego, że wybuchł nam bojler.

To było we wtorek, zaraz po świętach. Z zamyślenia nad jakąś niecierpiącą zwłoki sprawą wyrwał mnie bardzo podejrzany dźwięk dobiegający z łazienki. W mocnych słowach zakrzyknęłam do Sympatycznego, co też sobie wyobraża, żeby tak się miotać, jak Ryszard Petru pod ostrzałem pytań dziennikarzy, ale odpowiedzi nie otrzymałam. Lekko zaniepokojona ruszyłam więc sprawdzić, czy aby nie potrzebuje pomocy – był bowiem od paru dni przeziębiony, a wszyscy dobrze wiemy, że w przypadku wielu mężczyzn jest to stan bliski stanu zagrożenia życia – ku mojemu zdumieniu odkryłam jednak, że ma się dobrze i jak gdyby nigdy nic siedzi przed komputerem ze słuchawkami na uszach i nie jest świadomy niebezpieczeństwa, które najpewniej czyha na nas w naszej własnej łazience.

Na bojlerze już od dawna stało sobie niewielkich rozmiarów kolorowe wiaderko; miało robić za kosz na pranie albo detergenty, ale ostatecznie robiło za element wątpliwego wystroju i po prostu sobie stało. No właśnie, do tej pory t y l k o  stało, ale tego dnia mówiąc wprost miotało nim jak szatan i w pierwszej chwili przyszła mi do głowy straszliwa myśl, że oto właśnie urzeczywistnił się mój najgorszy senny koszmar i przez szyb wentylacyjny wpadło nam do łazienki jakieś dzikie ptaszysko i miota się teraz w tym nieszczęsnym wiaderku.

Nie tym razem. Bojler nie trzymał mnie zbyt długo w niepewności i trysnął wodą, jak wściekły pies pianą z pyska, a wiaderko (puste, o-dzięki-ci-panie) potoczyło się gdzieś smętnie na drugi koniec łazienki. Nie no, żartuję. Nasza łazienka ma nie więcej niż 3 metry kwadratowe, więc rzeczone wiaderko nawet nie miało się za bardzo gdzie potoczyć. Po prostu spadło tuż u moich stóp wraz z kilkudziesięcioma litrami gorącej wody.

*

Dokładnie dwa tygodnie później remont w łazience trwa na dobre, a my tymczasowo koczujemy sobie w innym mieszkaniu. Oczywiście nie ma w nim internetu, ale kto by się tym przejmował w dobie internetu mobilnego. Prawdopodobnie nikt, oprócz abonentów pewnej sieci komórkowej w kolorze magenta, która to nie przewiduje możliwości spontanicznej chęci zwiększenia limitu danych i zostawia ich bez internetu w najmniej odpowiednim momencie, tj. na dwie godziny przed deadline’em.

Nie wpadam jednak w panikę, wtedy jeszcze nie; w końcu do remontowanego mieszkania mam rzut beretem, łapię komputer pod pachę i biegnę co tchu (a z tchem było tego dnia wyjątkowo ciężko ze względu na warszawski smog, pardon, mgłę) wysłać tego jednego nieszczęsnego maila z jednym pokaźnych rozmiarów załącznikiem. Pewnie nie będziecie zdziwieni jeśli powiem, że właśnie tego dnia router postanowił się zepsuć, pobliski kebab nie zechciał udostępnić mi hasła do wi-fi, a panu hydraulikowi, który akurat przyszedł wymienić zawory i u którego wybłagałam udostępnienie mi na chwilę internetu z komórki, właśnie w tym momencie skończył się transfer.

Ostatecznie uratował mnie sąsiad, do którego ze łzami w oczach i kilogramem pyłków zawieszonych w płucach, po całej tej pogoni za garścią internetu, zapukałam zrezygnowana na pięć minut przed deadline’em. Dwa tygodnie wcześniej ten sam sąsiad pomagał nam zlokalizować zawór i uniknąć podtopienia całego piętra; wygląda na to, że wiszę mu co najmniej piwo, a wciąż nie pamiętam, czy przeszliśmy na ,,ty”.

Wiecie, co w tych historiach jest najpiękniejszego? Kiedy już ochłonęłam dotarło do mnie, że przecież mogło być gorzej. Kiedy wybuchł bojler byliśmy w mieszkaniu zupełnie przypadkiem, tylko na jeden dzień, żeby odebrać dostawę materiałów do remontu; właściwie już zbieraliśmy się do wyjazdu i nie zamierzaliśmy wracać przez co najmniej kolejne pięć dni. Nikt i nic nie ucierpiało, właśnie dlatego, że akurat byliśmy na miejscu; no a remont tak czy siak mieliśmy w planach.

A czego nauczyła mnie przygoda z internetem? Tamtego dnia wyszłam ze swojej strefy komfortu tyle razy, że już prawdopodobnie do niej nie wrócę; odkryłam jednak, że sąsiedzka pomoc jest nieoceniona. Najważniejsze jednak, co wyciągnęłam z tej lekcji to fakt, że muszę przestać zostawiać wszystko na ostatnią chwilę… i przy najbliższej okazji zmienić operatora.

A razem z nami pecha miał dzisiaj dość Hugh Laurie (Dr House).
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s